…trochę wiedziałem a trochę nie. Przeczucia. Nawet nie chciałem pytać: bo Bogna była nadspodziewanie żywą Osobą – a nie kimś z moich list zmarłych: choćby dlatego, że to u niej zamówiłem pierwszy „portret rodzinny” moich własnych zmarłych. Choćby dlatego, że coś drobnego lecz fajnego – kiedyś razem wyprodukowaliśmy (dla też niestety zmarłego, zabitego) kwartalnika („Po co nam zdjęcia”, Pf-l nr 3/24 z roku 2009). To były z jej rodziny, z życiorysu przedmioty, ślady.
Kartki zrobiliśmy z panem drukarzem: z jej obrazów, takie jak kiedyś, z perforacją (tak!) do wyrywania ze środka n-ru. Ile ta drukarnia miała pracy…
A na kartkach – buciki z dzieciństwa (zachowały się, ich zdjęcie na IV str. okładki), te same buciki namalowane (w galerii niżej), rodzinny – bo kupiony przed wojną w Warszawie – aparat Leica…
To numer o Różewiczu, wszystko pasuje. Świat drobiazgów.

Bogna, gdy jeszcze mieszkała przy ul. Mokotowskiej, mijała się niekiedy, wspominała – z mym ojcem. Kłaniali się sobie. Nie wiem, czy on wiedział kto ona. Ona wiedziała świetnie. Ceniła i często chwaliła jego malarstwo. Szczególnie to które i ja dziś lubię: z końca lat 50. i początku 60. Inaczej jak on, jak inni malarze (większość?). Ci cenią tylko swoje.
Najokrutniej to napisał właśnie Zbigniew:

Opanowany własną wizją aż do negacji wszystkiego. Nie znoszę cudzej plastyki. Kocham tylko swoją. Wyłącznie.
Zb. Makowski „Dziennik 1964”
(cyt. za: „Jung pociesza, że…”)

Bogna była inna. Doceniała.
Tak, bywała też i nieprzyjemna. Zrobiliśmy inny drobny projekt dla wydawnictwa, ktoś zapomniał, nie dopełnił obowiązku wysłania egzemplarzy autorskich, mnie nie powiedziano. Bogna ochrzaniła mnie straszliwie. Nadmiernie. Czas jakiś się nie kontaktowaliśmy.
Artyści bywają trudni, znamy.

Bogna i jej malarstwo: najbardziej lubię te jej „historyczne” rzeczy – malowane ze zdjęć, pocztówek, z opowieści; też rodzinnych. Kilka przykładów wyżej. I ta szara strona z Pf-l, choć jeszcze bez perforacji. (Kiedyś dam gdy wyciągnę n-r z paczek.)
Cóż. Długo pisać.
Bogna…
A wczoraj szukałem czegoś – i to…
Tyle. Zanotujmy. Tylko. Zapiszmy, zostawmy. Dam niżej, dla pamięci – cały tekst z n-ru Pf-lu, niech zostanie ślad. Tekst z późniejszym wstępem i komentarzem, może niepotrzebnym.
mr m.

Pamiętacie me opowieści o 1szym Aparacie? Nie pamiętacie, trudno. Ale on zagra raz jeszcze; choć tym razem – mniej (o, i…) u mnie. Ukazał się mianowicie kolejny (z pewnym moim udziałem już czas jakiś temu) numer Przeglądu filozoficzno-literackiego; tym razem – o (m.in.) Tadeuszu Różewiczu. A w środku: obrazy – w formie kartek pocztowych (= wyrywanych!) Bogny Gniazdowskiej; w tym moje ulubione – bo o fotografiiEuropa w sepii. I taki text, co wszystko ma (powinien) łączyć…
A na okładce dwa aparaty: Bogny i mój.

Po co nam zdjęcia?
Te papierowe – czy wcześniej dagerotypy, na sztywniejszych podkładach, kartonikach… (Również) po to, abyśmy mogli – na ich odwrocie, rzadziej z przodu – zapisywać imiona, daty i fakty. Miejsca, nastroje. I choć sama fotografia jest „zapisem” – często nam to nie wystarczy. I zapisujemy: jak widać obok – na odwrocie zdjęcia, pokazującego nam Tadeusza Różewicza. Znajdujemy tu też, jak czasem na obrazach malowanych – nazwisko autora.
Czy to ten sam Zbigniew Kulik, który jest, od 1976 roku, dyrektorem Muzeum Sportu i Turystyki w Karpaczu? Zapewne, bo – jak informuje nas portal „naszesudety.pl”:
…najbardziej znany jest z fotografowania Karkonoszy… (…) Zbigniewowi Kulikowi udało się zaskarbić zaufanie Tadeusza Różewicza. Do dziś towarzyszy mu w spacerach i fotografuje go, gdy artysta przyjeżdża (…) pod Śnieżkę…

Ale zdjęcie – i nawet rewers – nam tego nie powie. Prawda, może zasugerować drogi poszukiwań – jeśli chcemy szukać. Lecz gdy ktoś, kogo widzimy na awersie – jest nam nieznany? A z tyłu dostrzegamy jedynie zwięzły opis: „Ciocia Lodzia, 1914”, „Wujostwo na wakacjach, Międzyzdroje, 1939”… Co robić? Wyrzucić? Czyjeś życie, czyjeś wspomnienia? Tylko dlatego, że – nie nasze? Wspomnienia niewspólne?
Po co nam zdjęcia? Już wiemy.
Ale – po co malować „ze zdjęć”?
A wręcz: aparat fotograficzny…

Bogna Gniazdowska (ASP, 1985-1990; dyplom w pracowni Stefana Gierowskiego oraz w pracowni Ryszarda Winiarskiego; jej cztery obrazy dodajemy do tego numeru PFL) – tak robi. Maluje ludzi ze starych zdjęć. Czasem z Wielkiej Wojny, czasem z rodzinnego albumu. Ale maluje też swe pierwsze (?) dziecinne buty; czy pamiątkę rodzinną: aparat o jakże mitologicznej nazwie: Leica. Model kupiony w II RP, nie jakąś tam „zdobycz wojenną” z Ziem słusznie Odzyskanych… Maluje wspomnienia. Archeologię życia codziennego. Powiela – powielone. Po co? (Czyż nie lepiej namalować zachód słońca? – spyta ktoś…)
Mam znajomego, robi znakomite zdjęcia – ale: przyrody. Dziś, w czasach, gdy każdy może być geniuszem w tej dziedzinie – technika załatwia tu prawie wszystko. I unika fotografowania ludzi… Nie rozumiem. Jasne: każdy czasem chętnie zrobi zdjęcie zachodzącemu słońcu; ale ile ich można…
Wszystkie chyba nasze działania, w tym te, uznawane za sztukę (którą: wszystko dziś – a niektórzy, niesłusznie mówią tak i o fotografii) – są (też? a może dziś przede wszystkim) rodzajem pamiętnikarstwa. Mniej lub bardziej zindywidualizowanym zapisem czasu, którego bieg nas tak… Ale i zapisem tego, co już wielokrotnie – było. Co się wydarzyło; i nie, jak zachód słońca: nieuchronnie. Raczej jak zakup aparatu, kilka lat przed drugą (wszystko się powtarza; lecz za drugim razem…) światową Wojną. Zdarzenie – bez znaczenia – wobec Wojny. Nawet (prawie) bez dalszego ciągu.
Jak to sformułował Paweł Althamer (2008 r.):
„utrwalić historię, która powszechnie uchodzi za niegodną pamiętania…”
Albo Różewicz.
„Zrozumiałem po trzydziestu latach ogrom swych win, a właściwie mych win. Tatusiu! Mamusiu! Tak, to ja zjadłem kiełbasę w Wielki Piątek dnia piętnastego kwietnia 1926 roku…” 
Kartoteka”, (1958-1959)
Albo…
mr makowski

Koniec tamtego tekstu. Analogowa fotografia, nieprzemakalne (znaczy: olejne) malarstwo, bez instalacji i performansów – i Europa w sepii: Leica, czasem – Kodak baby brownie z USA – i z WSM-u. A wszystko w drukowanym na papierze piśmie, żadna Sieć, żadne PDF-y.
I są jeszcze kartoteki. Nie: Kartoteki – nadal. Ale jakieś… inne. Mniej „ludzkie” – o ile one były kiedykolwiek.

Tyle dodałem później (może niepotrzebnie).
m.