motto obowiązkowe:
Eventually all advertising will seem strange.
no więc wyszedłem z domu wczora(j)…

i poszedłem;
pierwszy raz od dawna (znaczy w celach tzw. kultury) – zachęcony przez mego Brata Astralnego Dżeksona do TEGO klubu… w którym Le się z La miesza twórczo – a dziś wypada to popierać.
i co? i nic. plastik. sztuczne. nieprawdziwe.
co z tego, że chropowaty i „ekologiczny”. plastik.
wiele lat temu TAM takie kluby, takie i inne fascynowały mnie okrutnie. luz, nocne życie, wolność… otwierane o 22… a życie (ale czy to NAPRAWDĘ było życie?) zaczynało się po północy… przychodzili ci sami ludzie, znali się.
zazdrościłem.
i co? i mam. i co?
plastik. kluby mnie nudzą. z klubów – już wolę kluby fitness. też plastik – ale w jakimś celu. i papierosami tak nie śmierdzi.
bycie (trendy? edgy? – jak to się teraz mówi?) jest BARDZO NIEZDROWE. ja rozumiem; to może działać na młode umysły. na mnie działało jeszcze grubo po 30-tce. ale czy warto?
nie, to nawet nie to pytanie… czy to naprawdę jest to, o co walczyliśmy? bo tak sobie myślę, że plastiku to tu zawsze było sporo. (głównie, fakt w czerwonym kolorze…)
ale stare Hybrydy (= siódemki w Łodzi, Pałacyk we wrocławiu, Jaszczury w Krakał, od Nowa w pozen…) nie były AŻ TAK plastikowe… i te berlińskie też.
wiem, czasy były inne. wiem.
ale…





