ja wiem; to już nudne się robi… ale doczytajcie do końca.
13 grudnia 1981 również musiałem biegać. Ojciec był szeregowym członkiem Solidarności. Podobnie jak sąsiad. Gdy czołgi wyjechały na ulicę ojciec poszedł do sąsiada. Zawsze to lepiej bać się we dwóch.
Chcieli się napić. No to pili. Po pół godzinie wódka się skończyła. Zadali sobie więc Leninowskie pytanie: „Co robić?”
Żaden z nich nie czuł się na siłach aby wyjść na ulicę. Uradzili zatem, że do Krychy Rafalskiej, które prowadziła wtedy biznes potocznie zwany „metą”, wyślą dzieciaka. Uznali, że nawet jeśli wojsko złapie w czasie godziny milicyjnej dzieciaka, to go nie rozstrzela (oni naprawdę wtedy myśleli, że wojsko rozstrzeliwuje ludzi na ulicach).
No więc biegłem. Gdy widziałem nadjeżdżający samochód nurkowałem w najbliższą zaspę. Kryłem się po bramach jak Rysiu Majcher.
Mnie się to nawet podobało. Pamiętam uczucie dumy z jakim stawiałem na stół litrową butelkę szarobiałego zajzajeru (Krycha Rafalska zajmowała się nie tylko dystrybucją ale w ramach dywersyfikacji portfela uruchomiła produkcję).
Pamiętam też główny wątek rozmowy ojca z sąsiadem: „Kiedy przyjdą?”. Nie przyszli.
Gdy dzisiaj rozmawiam o tym z ojcem wydaje mi się, że słyszę w jego głosie lekka nutkę zawodu.
lekka nutka zawodu…
Categories:
