Piotr Bikont (1955-2017)

Piotrka poznałem w m. Łodzi, zdawał (lata 70.), jak my wszyscy, do „filmówki”. Był awangardowym, zjawiskowym chłopcem, nieco młodszy ode mnie, niewiele. Szczupły, w swych zwykle białych koszulach wyglądał świetnie. Nie zdał, jak i ja, oni (Piotr, Magda H.) poszli zdawać do Katowic (i zdali), ja wpadłem do aparatu propagandy („Nowy Medyk”) i w szpony komercji („Jazz”). I rozeszło się, znajomość.
Wspomina też ciepło ktoś o nim (u-aktualnienie: on sam, 2009 r.) w „Obok” (str. 87), o wcześniejszym okresie wrocławskim, awangardowe teatry, akcje… Takie tam. Nie znałem.
Ponownie zobaczyliśmy się w drugiej połowie lat 80. gdy on recytował coś do muzyki Free Cooperation we Wro (1987? jakoś…) a ja robiłem zdjęcia dla Young Power. Było miło, jak to w piaskownicy awangardy. Piotr wyglądał nadal nieźle (mam zdjęcia, to te wyżej + niżej), choć sprawiał wrażenie już nieco zmęczonego walką z Reżymem.
Później, na początku lat 90. Piotr, już wtedy w GW (czy dookoła, jego żona raczej) pokazał mi „Maus” Arta Spiegelmana, amerykańskie wydanie: duże wrażenie. Chcieliśmy to wydać tu, ja wtedy kręciłem się dookoła „Pustego obłoku”, trochę inne wydawnictwo więc zdawało się to realne. (On sugerował, że nikt w kraju tego nie wyda, no to zechciałem, wiadomo. Nie wyszło. Kto inny wydał, sporo później.)

Później Piotr został krytykiem kulinarnym. Szkoda.
mr m.