„Procesik”

Wchodzę do banku, państwowego. Biorę numerek. „Liczba oczekujących – 0” (zero). Na sali tłumek. Przy, znaczy: na stanowiskach tłumek „doradczyń” jeszcze większy. Panie biegają nerwowo, załatwiając swoje sprawy, prawie wszystkie z nadwagą, wszystkie na obcasach. Nie bardzo nami zainteresowane, przeszkadzamy.
(…)
Po godzinie, tylko jednej, cud! – wychodzę, załatwiwszy tę 5 (pięciominutową) sprawę: rozwód z nimi, wreszcie. Peerelowski skansen ubrany w przyciasną garsonkę Korporacji.
(…)
Ach, te pięć minut: trwałoby krócej, gdyby nie to, że „pani doradczyni” musiała wypełnić druczek, aktualizujący moje dane. Te, które nie będą im już potrzebne, tak.
Dwa druki więc, w dwóch kopiach: dla mnie i dla nich.
Paperless office.
Dwudziesty pierwszy wiek.