Marek Karewicz (1938-2018)

To będzie wpis… Trudny. Długo można opowiadać – część tej opowieści kiedyś zacząłem – ale. Kawał przeszłości, nie zawsze fajnej, zawsze barwnej.


Czasem jego samochwalstwo denerwowało: ot, kiedy opowiadał o swych zdjęciach Milesa Davisa – że jedyne, że najlepsze… Mam zdjęcia Davisa z kulis, spoconego, po koncercie (tak: „nielegalne”, ale pomógł mi przypadek i niechlujstwo niemieckiej organizacji, zabawne). Nie imponuje mi więc byle zdjęcie ze sceny (też mam).
Ale: sławnym ludziom Salonu więcej wypada.

Taki był, cóż. I na długie lata zmonopolizował rynek: płyt, zdjęć… A teraz: sławy.
Że mam żal, powie ktoś? Nie, zapłacił cenę, każdy płaci.
Może trochę, wtedy. Denerwowały jego nie zawsze udane (dobrze: powiedzmy to – prawie zawsze nieudane) projekty. Szkoda było muzyki.

Portretowy styl Marka Karewicza odszedł już w niebyt (czy jestem jedynym człowiekiem, który nie lubi jego okładek?)…
Pan Mieteg. (blog taki)


Raz jeden (2010?) podnosiłem go z podłogi, padł. Wtedy już słabo się ruszał. Jego opiekun, nieoceniony – i niedoceniony – Wiesiek Śliwiński jechał do Warszawy, do Marka właśnie. Zadzwonił, poszedłem, byłem akurat niedaleko. Leżał, wyglądał żałośnie. Tryb życia kosztuje.

Po co tak wspominam? Cóż, może niepotrzebnie; ale upadki tych, którzy – przez lata – czuli się (zbyt) pewnie…
Czas wszystko.

Kiedyś podobno, opowiadano mi w „Polskich Nagraniach” zrobił awanturę – tak, mógł chyba – pracownikom, że dopuścili do tego, że nie on zrobił okładki jazzowe dla firmy, zespołu (Young Power), tylko jakiś „makowski” – kto to jest?!? Miał, tak sądził, monopol na serię „Polish Jazz”¹…

No, odszedł. O zmarłych: wiadomo. Ale dobrze – też można.
Wcześniej zrobiłem mu album, najlepiej, jak umiałem, mimo trudności. I, robiąc go, znalazłem w jego archiwum zaskakująco sporo znakomitych zdjęć, zwykle nie tych, którymi się chwalił.
Może sam ich nie cenił: tkwił bardzo w estetyce lat 60. Może zleceniodawcom się nie podobały, ich gust też był (i jest) uwarunkowany historycznie.
Tak bywa.
mr m.

Amok (Andrzej Turczynowicz) – Nie przychodziło łatwo. Musiałem się dogadywać z kierownictwem (klubu Remont – mr m.). Tłumaczyć, co te łańcuchy, swastyki… Byli donosiciele. Uczestniczyłem w radach klubu i musiałem się tłumaczyć, byłem wzywany. Pamiętam: Marek Karewicz, ten fotograf – grałem z płyt… (…) – A on potem na radzie klubu powiedział, że teksty słyszał „fuck the reds”. Ja nie słyszałem. Zresztą angielskiego nie znałem dobrze.
Obok albo…”, str. 186

big-bit-mr-m-text-1024pxl-2014-1024x550

PRZYPISY
¹ – ale nie on jest autorem logogramu „Polish jazz”, dodajmy; a Rosław Szaybo